wtorek, 31 lipca 2012

Rozdział IV: Supersonic


- Rose, proszę pośpiesz się! Nie chcę być spóźniona! – Zawołałam siostrę, która jeszcze nie zdążyła się przygotować, choć miała na to aż całą godzinę.
- Daj spokój Jo, pada deszcz, tata zawiezie nas swoją super furą! – Stwierdziła podekscytowana, schodząc ze schodów.
- Czy ta spódnica nie jest, aby za krótka? – Zadałam zbędne pytanie, odpowiedź była oczywista.
- Ha! Ani trochę, twoja za to wygląda jak by była o dwa rozmiary za duża! – Odpowiedziała i wyszła obrażona z domu.
Nigdy bym się nie odważyła założyć tak skąpej spódniczki. Zawsze starałam się zakrywać większość mojego ciała. Tym razem smołowata spódnica, odrobinę rozkloszowana sięgała do kolan, do tego biała bluzka z żabotem i długim rękawem na końcu rozszerzanym w kształcie dzwonka. Buty również o ciemnym kolorze. Ponieważ na dworze odrobinę było chłodnawo, przyodziałam się w brązowy płaszczyk, lekko niepasujący do całej reszty.
Wzięłam parasolkę i skierowałam się w stronę samochodu ojca. Rose już w nim czekała, zajęta pisaniem smsów nie zauważyła, kiedy dojechaliśmy na miejsce. Wysiadłam spokojnie, osłaniając się przed zimnymi kroplami wody.
Ciekawe, czy będzie burza. – Pomyślałam. Nim się spostrzegłam byłam już przy szafce. Była pusta. Przed zakończeniem opróżniłam ją dokładnie. Zostawiłam w niej okrycie i parasol.
Zakończenie jest na Auli, czyli pomieszczeniu gdzie odbywają się różne uroczystości.
Wszyscy wyglądali prawie tak samo, nikt niczym się nie wyróżniał. Typowy galowy strój. Usiadłam tam gdzie moja klasa, na ostatnim krześle, na ostatnim miejscu. Nigdy nie miałam z nią dobrych kontaktów, ludzie rozmawiali ze mną, gdy czegoś potrzebowali. Bezczynnie wpatrywałam się w okno, które było tuż obok, czekając na rozpoczęcie.
- Cześć, Jo! – Usłyszałam znajomy głos. To Tony, mój oprawca.
- Dzień dobry – zareagowałam na powitanie.
- Co słychać? Wyjeżdżasz gdzieś na wakacje? – Był wyjątkowo miły. Nie wiem, co tak na niego podziałało, może ten garnitur, szczerze widziałam go w nim po raz pierwszy.
- Chyba zostanę w mieście, a Ty wybierasz się na jakąś wycieczkę?
- Nie. – Przerwał, po czym dokończył – Wszyscy z mojej paczki w wakacje będą poza naszą miejscowością. Tak samo jest z całą klasą, chyba tylko my tu zostajemy.
Mimowolnie się uśmiechnęłam, miałam nadzieję, że Antoni go nie zobaczy jednak właśnie w tej chwili skierował swoje spojrzenie na mnie.
- Wyglądasz dużo sympatyczniej, gdy się uśmiechasz.
Nie zdążyłam podziękować, ponieważ akurat zaczęła się ceremonia. Spędziliśmy ją w ciszy. Jedynie, gdy mnie wywołali na środek bym odebrała nagrodę za ponad przeciętną średnią, obdarzyłam go spojrzeniem i kolejnym uśmiechem, to zawstydzające, bo bił mi brawa. Jeszcze nigdy tak się nie czułam. Może kiedyś. Dawno temu, Tony był moim przyjacielem, zachowywał się tak jak ja, miał podobne oceny. Dopiero w nowej szkole zmienił się całkowicie, nie do poznania.
Na koniec, pożyczyliśmy sobie udanych wakacji. Może jeszcze się spotkamy. Byłoby miło, gdybyśmy odnowili nasze stare więzi. Naszą przyjaźń….
Nadal padało, jednak dla mnie to żadna przeszkoda. Szłam spokojnie w stronę, tego wyjątkowego parku. Stanęłam na skrzyżowaniu. Nie działo się nic wyjątkowego. Nie czułam żadnej energii, mocy. Po prostu opuszczony, bez cieniu człowieka, najzwyklejszy park. Co mam począć, kiedy nawet modlitwy do Najwyższego nie działają? Dlaczego tak często o tym myślę, marzę? Dlaczego tak bardzo chcę spotkać tą Istotę?
Tkwiłam tak, nieruchomo jeszcze kilka minut. Może pięć, może dziesięć. Kto wie? Straciłam poczucie czasu.
Gdy moja ostatnia nadzieja prysła, jak bańka mydlana, powoli obróciłam się tyłem.
Żegnaj… - wyszeptałam i oddalałam się od tego miejsca. Jeszcze tylko na chwilę zapragnęłam się obejrzeć, raz, ostatni raz. Odwróciłam głowę i ujrzałam kontur ciała. Ta sama sytuacja, co dawniej. Ta sama siła, ten sam żywioł, ta sama postura. Szła dojść szybko, ale była daleko ode mnie. Zawróciłam i skierowałam się ku owej Istocie. Czekałam na nią cierpliwie. Dzieliło nas zaledwie kilkanaście metrów. Nie zważałam na skutki i konsekwencje tego spotkania. Ważne jest tu i teraz.
- Boisz się mnie? – Był na tyle blisko by można stwierdzić, że jest mężczyzną, na dodatek ma charakterystyczny głos.
- Ja.. Ja nie wiem nawet, kim jesteś. – Dodałam z lekką pretensją i niepewnością. Chciałam się mu przyjrzeć, ale zniknął, od tak, na zawołanie.
Nagle poczułam dłoń na moim barku.
- Jak to możliwe? …. – Przełknęłam ślinę – Jak to możliwe, że tak szybko?... – Nie dokończyłam, przerwał mi niekulturalnie.
- Boisz się mnie? – Zadał pytanie ponownie oczekując odpowiedzi. Nie widziałam jego twarzy dokładnie. Nie widziałam oczu, jego rysów, jedynie włosy. Były brązowe. Na czoło opadała mu trochę dłuższa grzywka.
- Nie, nie boję się Ciebie! – Stwierdziłam stanowczo – Cze, czekałam na Ciebie! – Trochę się jąkałam
Wtedy ujrzałam szelmowski uśmiech, który był hipnotyzując. Mrugnęłam oczami a on znów zniknął. Obróciłam głowę. Stał przede mną wysoki, niezwykle przystojny, mężczyzna o ciemno brązowych włosach, wielkich, czarnych oczach. Ubrany jak człowiek, w ogóle wyglądał jak zwykły człowiek. Skórzana kurtka, pod kolor mokrej czupryny, białym podkoszulku i ciemnych spodniach. Grzywka lekko zasłaniała jego prawe oko. Ale, coś wyróżniało go od zwykłych zjadaczy chleba. Jasny, ciepły blask bił od niego i jego ślepi o barwie kruczy. Ponadczasowy, ponadnaturalny, ponad…. Dźwiękowy.
Ponownie obdarzył mnie swoim spojrzeniem, był blisko, bardzo blisko. Nie wiem, w jaki sposób się przy mnie znalazł.
- Ludzie, to takie dziwne istoty – Spoglądał na mnie z góry, otarł policzek z jednej, perłowej łzy. Dlaczego ją uroniłam? – Zechcesz mi o nich coś powiedzieć? Pomożesz mi WAS, poznać? – Zaakcentował, WAS. O co w tym wszystkim chodzi?
Jedyne, co potrafiłam to kiwnąć głową na zgodę, bez opamiętania…..

***
Długo nie pisałam, ale to dlatego, ponieważ postanowiłam trochę poczytać, zwłaszcza, że pierwszy miesiąc wakacji spędziłam na leniuchowaniu. Mam nadzieję, że podoba wam się rozdział, choć chyba trochę długi. Napiszcie jakie błędy popełniłam ; )

poniedziałek, 23 lipca 2012

Rozdział III: Wonderful


Dziś jest niedziela, jutro zaczyna się ostatni tydzień szkoły. Koniec roku, to smutne a zarazem wesołe wydarzenie. Lubię się uczyć. Nie posiadam żadnego talentu. Nie umiem śpiewać, rysować, tańczyć. Nauka, to jedyna rzecz, która naprawdę mi wychodzi.

Wstałam, ranek był rześki i ciepły. Pierwsze promyki słońca dobijały się przez okna by zagościć w mych skromnych progach. Pogoda zapowiadała się świetnie, jednak nie ucieszyło mnie to zbytnio. Gdyby tylko zaczęło padać, to tak wiele? Proszę jedynie o burze, chociaż na chwilę. Chcę spotkać tą Istotę!

Ubrałam się jak zwykle, nienagannie. Czarna spódnica do kolan, biała bluzka i czarne buty z płaską podeszwą zdobiły moje ciało. Wychodząc z domu, obrałam kierunek w stronę kościoła*. Jeśli można go tak nazwać. To po prostu mały budyneczek z kamienną wieżą, w której chowa się dzwon z mosiądzu.
Wyglądał, zwykle, niewyszukanie, nieśmiało. Jednak posiada dozę tajemniczości. To tu, ludzie przynoszą swój smutek, żal, wściekłość, ale i radość, miłość, i wszystko, co tylko leży im na sercu. Przychodzą do niego, by wyznać swoje grzechy, przeprosić Boga za każdy upadek duszy, by prosić o siłę. A ja, jestem tu, bo chcę. Zawsze staram się być dobra, żyć według zasad ustalonych przez Niego, Ojca wszystkich na ziemi. On nigdy mnie nie zawiódł, zawsze wysłuchał, może nie rozpieszcza zbytnio swoich dzieci, może nie daje nam tak wielu znaków, ile byśmy chcieli. Wystarczy jedynie, że uwierzymy. A dalej jakoś się potoczy. Pokieruje nas i wyciągnie pomocną dłoń, gdy będziemy szczerze tego potrzebowali. Cierpliwość, to podstawa każdej z wiar.
Klęknęłam i złożyłam dłonie do modlitwy. Prowadziłam ją w myślach, delikatnie i starannie, nie zapominając o podziękowaniach, błaganiach o wybaczenie i prośbach…
Boże, może to zbyt wiele, ale zwracam się do Ciebie z prośbą. Daj mi jeszcze jedną szansę, jeśli uważasz to za stosowne. Pozwól mi, spotkać ponownie tą zagubioną Postać, pozwól mi poznać ją. Amen.
Uczyniłam znak Krzyża i uniosłam wzrok ku ołtarzowi. Pozłacane ramki zdobiły i dodawały blasku temu miejscu. W środku nie dało się nie zauważyć pięknego obrazu Matki Boskiej wraz z małym Jezusem. Po bokach, aniołki i archanioły grały na harfach i trąbkach.
To pewnie z radości. – Stwierdziłam w myślach skupiając się na wnętrzu budowli. Ławki barwiły się na ciemno, obite po części w czerwony materiał.
Podniosłam się z siedzenia i zmierzałam do wyjścia, jeszcze tylko na chwilę odwróciłam głowę i wyszeptałam….
- Proszę…

Szybko znalazłam się w TYM parku. Nogi same mnie poniosły, mimo małego sprzeciwu rozsądku.
Drzewa były w pełni rozkwitu, rosły spokojnie, drzewa nie mają zmartwień, choć czują to, co dzieje się dokoła. Wiedzą, czym jest słońce, spaliny, wiedzą jak przeżyć. Nie proszą się o wycinanie, nie chcą by ktoś zanieczyszczał powietrze. Pragną dawać nam tlen, żeby ludzie, czyli my wszyscy mogli w miarę normalnie egzystować. Dają nam tyle a i tak, w każdym przypadku je krzywdzimy, jak całą przyrodę. Niestety, ona nie ma zdania. Nie może walczyć o swoje prawa. Owszem, niekiedy daje nam popalić. Ale taka już jest, jak kobieta – zmienna. Czasem szczęśliwa, czasem smutna, nieraz w rozpaczy. Była, jest i będzie. Jeśli zginie ona, i nas zabraknie. Takimi prawami się rządzi.

Pragnąc chwili odpoczynku zatrzymałam się i spoczęłam na miękkiej i zielonej trawie. Wokół mnie rosły kwiaty różnej maści, a na nich sielankowo harcowały pszczoły i bąki. Aż nieprawdopodobne, że dwa dni temu działa się tu taka niesamowita i ponad naturalna rzecz. Teraz, przestrzeń promieniała szczęściem i harmonią. Dzieci biegały po podłożu, nastolatki spędzały czas w towarzystwie, niektórzy, bardziej odosobnieni czytali książki w cieniu koron roślin, starsi ludzie wybrali się pewnie na spacer.

Rzuciłam okiem na kierunek, z którego szedł osobnik. W tym momencie, przez głowę przeleciała mi jedna myśl.
Przecież tu jest skrzyżowanie dróg!
Dla was ta informacja jest niezrozumiała. Ale to wielka wskazówka dla każdego mola książkowego! W wielu lekturach i legendach znajdowała wzmianka o skrzyżowaniach dróg, które ułatwiają podróż między światami lub wymiarami. Pogrążyłam się we własnych myślach, nie zważając na czas, rozprawiałam nad wszystkimi możliwościami.

W końcu, z mojej zadumy wyrwał mnie śpiew ptaków. Był wspaniały, brzmiał szlachetnie z pełną gracją i dumą. Nie wiedziałam skąd dobiega. Pragnęłam go słuchać bez namysłu. Te terytorium coraz bardziej nabierało magii, z każdym dniem wydawało mi się coraz bardziej odstające od reszty świata, mimo iż kręciło się tu pełno ludzi. W pośpiechu szli dróżkami, nie potrafiąc się zatrzymać, chociaż na minutę i podziwiać tego pięknego zakątka. Nie wiedzą, co tracą, zagubili się i nie mogą dostrzec prawdziwego piękna. Oczywiście, wygląd, niektórych osób jest również piękny. To dość dziwne określenie….

Wszyscy tak bardzo pragną być idealni, zapominają o innych, o wnętrzu, o sobie. Dążą do perfekcji. Robią bolesne operacie, łamią lub wycinają kości, wstrzykuj różne substancję, krzywdzą własne ciało. Jeśli daje mi to szczęście, nie mam nic przeciwko. Ale niech te zmiany nie przyniosą tragedii…

Uniosłam swoje ciało, które sprawiało wrażenie ociężałego. Snułam je wzdłuż ścieżki, stopniowo robiła się coraz węższa by na skraju zamienić się w zwykły szary chodnik. Już nie oplatała go trawa, nie zdobił koloryt różnorakich roślin. Ciągnął się wraz z ulicą. Nic niezwykłego, nic nieprzyciągającego uwagi….

 ***

*- napisałam kościół z małej ponieważ mam na myśli budynek ;)

Jestem szczęśliwa, że mój blog ma już tyle wyświetleń. Po prostu: SUPER : DD Cieszę się, że komuś przypadł do gustu. Mam nadzieję, że Wam się nie znudzi i rozdział, również, się Wam podoba :)

sobota, 21 lipca 2012

Rozdział II: Impossible


W domu zjawiłam się z prędkością światła. Był pusty, brak obecności kogokolwiek z rodziny. Wszystkie okna zostały zasłonięte, w niesamowitym pośpiechu przez moje skostniałe ręce. W drodze do pokoju towarzyszył mi jedynie dźwięk uderzeń, o linoleum na schodach, mokrych stóp.
Atłasowy materiał w kolorze fiołkowym, skromnie zwisał ze złotych karnisz. Ściany pokryte jedną warstwą farby o barwie delikatnego fioletu dodawały pomieszczeniu uroku. Sufit był biały, a na nim naklejone kilka czarnych gwiazdek. Łóżko nie wydaje się być duże, za to jest naprawdę wygodne. Mięciutki, jasny dywanik oblekł część podłogi, której panele barwiły się na zbożowy. Mahoniowe meble spokojnie stały z boku czekając na moment, w którym zostaną użyte. Ukryte, na samym końcu biurko, beztrosko egzystowało wraz z laptopem, książkami i innymi rzeczami przydatnym w życiu nastolatki.
Szybko znalazłam suchy ręcznik, poczym zarzuciłam go na głowę. Jednym, no może dwoma, ruchami ściągnęłam mokre ubrania, by założyć zwiewną spódnice do kolan i najprostszą koszulkę. Zamknęłam drzwi, do mojego świata, na klucz. Strach i ciekawość, te uczucia przeszyły moje serce niczym strzała. Ukryłam się pod kołdrą, sama ze sobą prowadziłam konwersację. A co jeśli To przyjdzie po mnie? Czy będzie chciało zrobić mi krzywdę?! Uspokój się! Paniką nic nie wskórasz! Przypomnij sobie wszystkie szczegóły! Burza, postać, park. Powoli kojarzyłam fakty jednak nic mi to nie dało. Jedna wielka niezgodność! Coś musiało mi umknąć! Chwila!
Zastygłam w miejscu. Wydawało mi się, że gdzieś to słyszałam. Mój umysł wcale nie pomagał. Nie chciał dać mi dostępu do potrzebnych informacji, jakie posiada.
- Rain Man! – Wykrzyczałam. Tak, na pewno ktoś o tym wspominał. Ale, nie pamiętam, o co chodziło z tym określeniem? Co ono znaczyło?
Wyskoczyłam z pościeli i natychmiast włączyłam komputer. Nie byłam pewna, czy chcę poznać tą tajemnicę. Niepokój nie opuszczał mnie cały czas. W końcu, zdecydowanie wpisałam w wyszukiwarce daną frazę. Po przejrzeniu kilku stron doznałam szoku. Zsunęłam się na ziemię.
Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…- Powtarzałam w duchu. – On nie może być zły. Jego energia była ciepła, delikatna. – Bałam się wypowiedzieć te słowa. – On nie może… - Pomyślałam drugi raz z pretensją – Być diabłem...
Rain Man – to określenie, sami wiecie, kogo. Ta myśl przepełniła mnie strachem i cierpieniem. Dzisiejsze spotkanie, tego osobnika przewróciło moje życie do góry nogami. Ciągle, miałam nadzieję, iż On jest dobry. Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe! Do ostatniej chwili, nawet teraz wierze, że nie jest szatanem. Nie może!
Spojrzałam na pomieszczenie. Wydawało się obce, puste, bez sensu. Chcę, muszę poznać prawdę! Zdałam sobie sprawę z tego, iż ta wyjątkowa Jednostka rzuciła na mnie hipnozę. Jej obecność była ponad naturalna, stwierdziłam to po pierwszym ujrzeniu zarysu ciała. Odizolowany, odrzucony, potępiony, samotny, bez serca. Tak właśnie, owa Istota, widniała w mojej wyobraźni. Jednak, ciągle, coraz mocniej pragnęłam ją poznać. Istota. Czym jesteś przybyszu? Diabłem, aniołem, kosmitą? Prosisz o pomoc, czy pragniesz mojej śmierci? Co mogę dla Ciebie zrobić? Kiedy, znów Cię ujrzę?
- Halo?! Żyjesz w ogóle?! – Obudził mnie głos Rose – Nie śpij na ziemi, bo się przeziębisz! Na dodatek Twoje włosy są mokre! Czy ty nie masz suszarki?! – Wściekle, zadała pytanie retoryczne. No tak, nim się spostrzegłam Morfeusz objął mnie całkowici i zatraciłam się we własnej fantazji sennej.
- Przepraszam – Odpowiedziałam, przecierając lekko zaczerwienione oczy, – Która godzina?
- Ósma rano – Na ta wiadomość odrobinę się przeraziłam, jednak po chwili świadomość, ze wczoraj był piątek uderzyła we mnie niczym twardy kamień.
- Dzięki Bogu – westchnęłam głośno.                   
- Coś mówiłaś? Nie ważne! Mama woła Cię na śniadanie.
- Dziękuję.
- Za, co?
- Zabrzmiało tak jakbyś się o mnie martwiła… - Stwierdziłam nieśmiało.
- Hmmm, nie przyzwyczajaj się. – Wyszła nie obracając się. Wiem, że jest bardzo opiekuńcza. Po prostu trochę boi się tego okazywać…
Znalazłam sobie zajęcie i zapomniałam o wczorajszym dniu. Jednak, obawy pozostają, co przyniesie jutro?
***
To już II rozdział mojego opowiadania. Chyba wyszedł trochę krótki. Ale już sama nie wiem czy powinnam pisać dłuższe. Powiedzcie jakie wolicie : )
Szczerze, dziękuję za wszystkie komentarze.

środa, 18 lipca 2012

Rozdział I: Rain Man


Dzień zaczęłam naturalnie, rutynowo, czyli pobudka o godzinie szóstej rano. Jednak ciągle dręczy mnie jedna rzecz, a dokładniej sytuacja z wczorajszego popołudnia…
- Halo! Skarbie, mogę wejść? – Oderwał mnie, od pisania referatu o mitologii Greckiej, słodki głos, przeciągający każde słowo. To Rosalie. Druga, bardzo młoda, żona mojego ojca. Ma on z nią córkę, Rose – jest ode mnie młodsza zaledwie o rok a czuje się jak celebrytka. Ale nie o tym powinnam opowiadać!
- Proszę – zaprosiłam bez namysłu. Drzwi uchyliły się nieśmiało, lecz to tylko kamuflaż! Tak naprawdę do pokoju weszła piękna kobieta, o bordowych lokach, skórze brzoskwiniowej i szafirowych oczach.
- Oo, – zaakcentowała – Ty znowu coś robisz? – Zadała bezsensowne pytanie, szczerze mówiąc jest dość lekko duszną osobą i nie przywiązuje wagi do nauki. – Chodź z nami na zakupy! Znaczy ja, ty i Rose.
- Nie mogę, mam dużo pracy. – Odparłam, choć tak naprawdę nie mam ochoty na łażenie po sklepach.
- Eh, – westchnęła – Jak zwykle tylko szkoła, szkoła, szkoła. Jesteś jak tatuś, dla niego najważniejsza jest praca.
- Gdyby nie ona, nie miałabyś pieniędzy na różne zachcianki – Stwierdziłam pod nosem skupiając się na kartce.
- Nie to nie, kupie Ci coś. Może jakąś sukienkę, koszulkę? – Zaproponowała.
- Dziękuję, ale mam wystarczająca ilość ubrań.
Lekko oburzona wyszła, jednak nie zapomniała o typowym całusie w policzek. Może jest trochę denerwująca, ale stara się jak może. To prawdopodobnie moja wina, że nie potrafimy dojść do porozumienia.
W mojej głowie roiło się tysiące myśli, były na tyle uparte, że nie mogłam ich wyrzucić ze swojej czaszki. Sumienie dawało się we znaki. Potraktowałam ją za chłodno, biedna, zrobiłam jej niesamowitą przykrość! Gdy tylko będzie miała czas przeproszę ją!
Na zegarze wybiła siódma trzydzieści. Powoli, jednak pełna energii ruszyłam ku pojazdowi. Pewnie dziś spotka mnie niejedno nieszczęście.
Czas w autobusie nic się nie zmienił. Takie same docinki, rzucanie papierkami. Stopniowo zaczyna mnie to nudzić. Jednak wytrwałam całą trasę do szkoły by przy samej szafce spotkać jednego z moich oprawców.
- Zrobiłaś? – Spytał niecierpliwie Tony.
- Tak – odpowiadając podałam mu dwie teczki – W czerwonej jest pisane ręcznie, a w zielonej drukowane.
- No! Dobra robota! Tego można się było spodziewać po kujonie twojego pokroju. Jaką będziesz miała średnią, co? – Oparł się o ścianę, żując gumę.
- Chyba, 5.6 – Stwierdziłam niepewnie, ale nie z powodu oceny. Po prostu czasem się go boje.
- Widzę, że jest lepiej niż było na półrocze. – Stwierdził nonszalancko - Dobra spadamy!
Zgarnął swoich znajomych jednym machnięciem ramienia i odszedł nie obracając się. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że podziękuje, jednak tak się nie stało. Mimo iż wygląda na nieposłusznego, głęboko, głęboko w sercu jest dobry….
Lekcje minęły dość szybko, jednak w damskiej toalecie spotkała mnie nieprzyjemna sytuacja…
- Hej, Jo! – Zagadała dziewczyna o czarnych lokach. To Sydney, przewodnicząca drużyny cheerleaderek. – Jak tam rozmowa z moim chłopakiem? – W jej głosie był sarkazm
- Nie wiem, o co Ci chodzi, przepraszam. – Chciałam uciąć rozmowę.
- Nie pamiętasz?! – Zirytowana przyparła mnie do ściany. Próbowałam zachować stoicki spokój, jednak emocje wzięły górę. – Słuchaj, jeszcze raz zobaczę Cię z Tonym, pożałujesz.
- Dawałam mu tylko notatki, prosił mnie o pomoc. Ma problemy z nauką, nie mogłam przejść obok niego obojętnie! – Wyraziłam własne zdanie mimo głosu sprzeciwu w mojej głowie.
- Ohh, cóż za dobroduszna dziewczynka. – Podparła dwoma palcami mój podbródek – Szkoda, żeby takiej osobie coś się stało. – Wzdrygnęłam się na jej dotyk. Ręce miała zimne i kościste, ale nadal opalone, na paznokciach nie dało się nie zauważyć jaskrawego lakieru. Próba wyrwania się nie była daremna, lekko odepchnęłam dziewczynę by nie upadła.
- Co ty robisz? – Wymusiła na mnie odpowiedź jedna z jej koleżanek, nim się spostrzegłam dwie inne zajęły się moimi rzeczami. Wszystkie wylądowały w toalecie bądź umywalkach.
- Jeszcze raz zobaczę Cię z nim, a nie będę się hamować! Zrozumiałaś?! – Groziła.
Potwierdziłam, mimo iż nie miałam zamiaru…
W końcu dręczycielki odeszły pełne dumy i radości. Ja pozostałam upokorzona, na środku kafelkowej posadzki trzymając w ręku ostatnią książkę, którą udało mi się uratować. Lektura wypożyczona z biblioteki, Mitologia Grecka. Na szczęście była w stanie idealnym, czyli takim, jakim pożyczałam….
Pozbierałam manatki i spakowałam, niestety większość mokrych, do plecaka. Na podwórku już nikogo nie było. Z resztą nic dziwnego, niebo przybrało koloru kruczoczarnego mieszanego z granatowym. Zapowiadała się wielka zawierucha i burza. Nie zważając na pogodę udałam się do parku. Przysiadłam na ławce w odcieniach zboża, rozpuściłam kasztanowe włosy z długiego warkocza i rozczesując je palcami pogrążyłam się we własnych myślach. Powietrze pełne ozonu, dawało uczucie dużo świeższego i zimnego. Deszcz spadł niespodziewanie. Krople były ogromne, wiatr walczył z gęstym koronami drzew. Cień spowil całe miasto, jedynie horyzont rozświetlały srebrne błyskawice a ciszę zagłuszał odgłos grzmotów. Dało się wyczuć niesamowitą energię tego miejsca. Ale nie taką zwykłą, ktoś lub coś czekało w ciemnościach.
Zmrużyłam oczy, moim ślepią ukazał się zarys sylwetki. Człowiek? Jego moc była niesamowicie przytłaczająca. Instynkt kazał mi stamtąd uciekać, ale ciekawość jest chyba nie do pokonania. Osoba zbliżała się nieubłaganie szybko, jednak dystans między nami był spory. To nie mogła być istota ludzka! Nie z tą intensywną siłą duchową!
W ostatniej chwili moje mięśnie same zadziałały. Jak maszyna, spięły się i przygotowały do odwrotu. Chciałam poznać tą hipnotyzującą jednostkę, widocznie odstającą od całego społeczeństwa. Musiałam się ruszyć nim doznam wstrząsu, wtedy moje całe ciało zostanie sparaliżowane. Figura przesuwała się w moim kierunku. Umysł oczyścił się z wątpliwości i wziął sprawy w swoje ręce. Nie panując nad sobą uciekłam w pośpiechu, krocząc po kałużach nie zważając na zimną wodę…
W końcu dotarłam do mojego azylu – domu.

To Be Continued...
***
To I rozdział mojego opowiadania ; ) Nosi tytuł "Rain Man" Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, czekajcie cierpliwie na następny rozdział :)
Będę wdzięczna za wytknięcie błędów, jeżeli takowe znajdziecie ;)

wtorek, 17 lipca 2012

Prolog

Witam serdecznie na moim blogu :) Moje imię to Ewa i mam nadzieję, że będzie się Wam lekko i przyjemnie czytało :) Chciałam przedstawić krótki prolog. Co do opowiadania: nie będę zdradzać szczegółów. Z czasem postaram się zmienić trochę wygląd strony, jednak na razie nie mogę ogarnąć ustawień. Pozostaje mi jedynie zaprosić Was do lektury oraz komentowania!

 ***

[…]Według greckiej mitologii pierwsi ludzie stworzeni zostali z czterema nogami i czterema ramionami oraz o głowie o dwóch twarzach. Zeus, obawiając się ich potęgi, przeciął wszystkich na dwie części, skazując je na szukanie się nawzajem do końca życia, gdyż osobno czuły się niekompletne.[…]

Zamknęłam książkę o mitach greckich, by zastanowić się chwilkę nad tym, co mam zrobić. Po co właściwie ją czytam? Może lepiej zapytać, dlaczego się na to zgodziłam? ….

Nazywam się Jolene White, ale i tak wszyscy mówią na mnie Jo. Wszyscy, to znaczy rodzina i znajomi ze szkoły, jeżeli można ich tak nazwać. Jeśli chcecie wiedzieć, o mnie coś więcej to opowiem. Po prostu słuchajcie w skupieniu….

Każdy dzień wygląda prawie tak samo. Wstaję około szóstej. Lekcje zaczynają się dopiero o ósmej, autobus zjawia się zazwyczaj przed siódmą czterdzieści pięć. Siadanie jem o stałej porze, czyli siódma rano. Godzinę między posiłkiem przeznaczam na poranną toaletę i zgłębianie tajemnic różnych ciekawych lektur. Zwykłego człowieka by to pewnie nużyło. Cała akcja zaczyna się po wkroczeniu do pojazdu. Nim przejdę między wszystkimi siedzeniami nieraz usłyszę słowa obelgi lub coś podobnego. Czasem, w moim kierunku, poleci jakiś papierek, w najgorszym przypadku zeszyt.
Gdy już przejdę bramy mojego piekła, kieruję się prosto do szafki. Po drodze minę kilka dziewczyn, które mnie wyśmieją czy też zaczepią. Po dotarciu na miejsce biorę potrzebne rzeczy i udaję się do klasy. Jednak nie dziś. Sytuacja jak w każdej szkole. Pozwolicie, że ją przedstawię.
- Cześć, Jo! – Przywitał się, miło chłopak z blond włosami. Jednak nie jest taki dobroduszny, na jakiego wygląda. – Jest sprawa. Musze znaleźć kogoś, kto napisze mi referat o mitologii greckiej.
- To, dlaczego przychodzisz do mnie? – Odpowiedziałam z pełnym spokojem.
- Tak jesteś mądra, a mam Ci to tłumaczyć?! – Zdenerwowany kontynuował – Słuchaj, chyba nie chcesz mieć spotkania pierwszego stopnia ze mną?!
- Wybacz, ale nie umawiam się z chłopakami. – Próbowałam go spławić jak najszybciej, ponieważ tam gdzie jest on, są i kłopoty.
- Ty, suu… – nie dokończył, już miał wziąć zamach, lecz na jego ramieniu spoczęła dłoń.
- Tony, chcesz zaliczyć ten semestr czy nie? - To tylko ksywa, tak naprawdę ma na imię Antoni.
- Dobra, wiem – syknął – Więc, na jutro maksymalnie pięć stron. Nie chcę mieć szóstki, bo ten stary dziad od historii będzie coś podejrzewał.
- Powinieneś się wyrażać z szacunkiem do nauczycieli. – Stwierdziłam pod nosem.
- Masz zamiar coś dodać? – Zapytał tak srogo, że aż się przestraszyłam.
- Nie, przepraszam…
Moi oprawcy odeszli nie obracając się za siebie. Mogło być gorzej, ostatnim razem uderzył mnie w twarz. Ale to był tylko przypadek, właściwie, chce tak myśleć. Dziewczyny są bardziej, jak mówi to teraz młodzież, ostre. One potrafią zrobić wszystko. Spoliczkowanie to mało surowa kara. Pewnie myślicie; Ale jaka kara? Za co? A no, za samo chodzenie do tego gimnazjum. Na szczęście został mi jeszcze jeden rok i ten przeklęty miesiąc….
To Be Continued...

***
Będę wdzięczna za wytknięcie błędów, jeżeli takowe znajdziecie ;)