W domu panowała napięta
atmosfera. Ręce cały czas mi się trzęsły, oddech był niestabilny a serce waliło
jak oszalałe. Razem z moją macochą, siostrą i niecodziennym gościem, spożywałam
obiad. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż byłam przerażona.
Pomiędzy jednym kęsem kurczaka a drugim, czekałam za falę pytań ze strony
rodziny.
- Taion, skąd pochodzisz? –
Zapytała odważnie Rose.
- Pochodzi z Anglii! – Wyrwałam
się nagle. – Mieszka w małej wsi!
- Dlaczego się wtrącasz?! –
Rozdrażniłam, Rose, jest bardzo wybuchowa i potrafi być szczególnie niemiłą. –
Nie rozmawiam z tobą!
- Przepraszam. – Spuściłam głowę
i utkwiłam wzrok w resztkach jedzenia. Chłopak, który siedział obok mnie
odchrząknął.
- Jolene ma racje. Pochodzę z
Anglii. Mieszkam w małej wiosce. Nasze życie wygląda zupełnie inaczej niż
tutejsze.
- To interesujące! Co robicie, na
co dzień? – O dziwo, Rosalie nie odzywała się wcale. Tylko jej córce nie
zamykała się buzia.
- Pomagam na roli w domu, pasę
krowy i chodzę do szkoły.
W jednej chwili znienawidziłam tą
dziewczynę jeszcze bardziej. Patrzyła na niego maślanym wzrokiem, uśmiechała
się zalotnie, zaraz czy ja nie jestem zazdrosna? Ja, ustatkowana w uczuciach,
zawsze poważna Jolene? To niemożliwe, ale wtedy jeszcze bardziej poczułam zdenerwowanie.
Być może, jej oczy odrobinę go przygnębiły. Podobnie do mnie, wpatrywał się w
niedokończony obiad.
Resztę posiłku spędziliśmy w
ciszy, na koniec jedynie Rosalie dodała, że muszę powiedzieć wszystko ojcu.
Najgorsze już za mną, za nami. Pozostało mi jedynie czekać na rozwój sytuacji.
Co będzie dalej? Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia. Boje się. Cholera!
Zaklęłam w myślach, a nie zdarza mi się to często. Postanowiłam ubrać się i
wyjść na spacer by poskładać wszystkie myśli. Słońce prażyło jak oszalałe, więc
ubrałam ciemne spodenki za kolano, przewiewną bluzkę i sandały. Wyszłam a zaraz
za mną, pełen energii i werwy wyskoczył Taion.
- Gdzie idziesz?
- Przejść się.
- Idę z tobą! – Czasem
denerwowała mnie jego bezpośredniość i nachalność. Ale idzie się przyzwyczaić.
Szłam powoli, wyprostowana.
Patrząc przed siebie, dumnie kroczyłam uliczkami, które zmierzały w stronę
parku. Nie wiem, dlaczego akurat tam. Czułam niezwykłe przywiązanie do tego
miejsca. Co chwilę, spoglądałam na mojego towarzysza, ten jedynie uśmiechał się
beztrosko. Niby jest z innego świata, ale wydaje się całkiem ludzki. Nie różni
się od normalnych chłopców, może jest wysoki, ale tacy również się zdarzają.
- Ej! Jo! – Usłyszałam krzyk za
moich pleców, dobrze znany głos szybko dotarł do moich uszu. Tak, to Tony.
Szczerzył się promiennie w moją stronę. Nagle szybko, w podskokach zjawił się
koło mnie.
- Jo! Jak dobrze cię widzieć! –
Zmierzył wzrokiem Taiona. – Kto to? – No nie! Przecież Antoni chodzi ze mną do
klasy! Nie mogę powiedzieć, że jest z wymiany! Co robić, co robić?!
- To, to, to... – Rozpaczliwie
szukałam odpowiedzi na pytanie.
- Jestem przyjacielem Jolene! –
Przyjacielem? Momentalnie poczerwieniałam. Ale mina mojego niedawnego oprawcy
była nieziemska! Miałam ochotę się śmiać. Nie wiem, o co chodził, po prostu
wyglądał na zdumionego a zarazem przerażonego.
- Jak to przyjacielem?
- Normalnie! – Stwierdził
ironicznie i położył dłoń na moim ramieniu przyciągając mnie do siebie. Moja
twarz oblała się szkarłatem jak nigdy dotąd.
- Jak długo się znacie?
- Od początku wakacji! –
Odpowiedział bezmyślnie.
- Ale to jeden dzień. – Tym razem
wyglądał na rozbawionego.
- Nie ważne jak długo się znamy,
najważniejsza jest więź między nami! – W tej chwili wyrwałam się z jego
objęcia, skłamałabym gdybym nie przyznała, że było przyjemnie, ale nie mogłam
znieść tej idiotycznej rozmowy. Boże! Co się ze mną dzieje!? Dlaczego to tak
bardzo mnie zawstydza? Nie chcę nic do niego czuć. Ani miłości, ani przyjaźni,
ani jakiejkolwiek sympatii. To zbyt trudne.
Szybkim tempem, nie zwracając
uwagi na nic, nie wiem, w jaki sposób znalazłam się w pamiętnym parku. Wydawał
się taki spokojny i bez skazy. Biła od niego auro cnotliwości. Te same ptaki,
które śpiewają pociesznie na drzewach, kwiaty, które ochoczo goszczą na swych
płatkach pszczoły. Nieznajomi spacerowali chodniczkami i ścieżkami. Ponownie
mogłam dostrzec młodzież chroniącą się pod koronami drzew przed upałem, czytała
książki lub rozmawiała. Usiadłam na zielonej trawie i skuliłam się delikatnie,
ogarnęłam rękoma kolana i pogrążyłam się w głębokiej zadumie.
- Jolene! – Krzyczał mój
przyjaciel. – Gdzie jesteś!?
- Taion! Ciszej! Wszyscy się
patrzą! – Syknęłam wściekła.
- Spokojnie, czemu tak nagle
uciekłaś?
- Nie ważne! Gdzie Tony?
- Szedł za mną, ale jestem dla niego
za szybki. – Zaśmiał się.
- Oszalałeś! Nie powinieneś
pokazywać swoich mocy publicznie! – Gotowałam się jak wrzątek, cała frustracja,
wypływała ze mnie potokiem słów.
- Eh, czemu jesteś taka sztywna?
– Przysiadł koło mnie.
- Nie wiem. Po prostu taka się
urodziłam.
- Jak bardzo chcesz zobaczyć mój
świat?
- Czemu o to pytasz? – Zaśmiał
się ponownie.
- Bo sama nie chcesz pokazać
swojego. Chciałbym zobaczyć twoje drugie ja. To znaczy, jaka jesteś naprawdę.
Bądź sobą, bądź wolna – podniósł głowę i spojrzał na słońce przez palce – bądź
sobą…
- Nareszcie! Tu jesteście! – A
zapowiadało się tak romantycznie. Szczerze, gdzieś we mnie, chciałam by ta
chwila nigdy się nie skończyła. Siedziałam blisko obcego mi chłopaka, ale
jakbym znała go od lat. Wypowiadał słowa, tak bardzo mi znane, ale z jego ust
jakby inne, o innym znaczeniu. – Może pójdziemy na jakąś pizze? – Zaproponował
Tony.
- Jasne! – Rozchmurzyłam się i z
uśmiechem przyjęłam propozycje.
***
Kolejny rozdział, tym razem trochę dłuższy mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza :)
Na razie jest trochę nudnawo ale postaram się to rozkręcić w miarę moich możliwości :)